Jestem kobietą, a kobiety mają to do siebie, że narzekają. Często. Zawsze.
O byle gówno.
Też zazwyczaj nie mam się w co ubrać, nie wiem co zrobić z włosami, które wyglądają "wow" w dni, kiedy siedzę w domu na dupie, a jak trzeba wyjść do ludzi i przynajmniej udawać, że się wygląda to one protestują. Narzekam, że jestem za gruba, że uda są ogromne, brzuch wystaje i dlaczego to zawsze idzie w biodra, a nie w cycki. I czemu jak się chudnie to pierwsze chudną właśnie te cycki, a nie coś mniej potrzebnego. Nie pasują mi aktorzy w filmach, narzekam na to, że trzeba czekać tyyyyle miesięcy na kolejne sezony ulubionych seriali.
I kompletnie nie pasuje mi to, że aktor w "50 twarzach Grey'a" jest taki beznadziejny. Chociaż buźkę ma sympatyczną.
I czy istnieje na świecie kobieta, której nie brakuje kolejnej torby, kolejnej pary butów ( zazwyczaj są to jakieś narzędzia tortur zwane potocznie szpilkami; osobiście uważam, że każda osoba płci żeńskiej i męskiej, która potrafi na szpilkach chodzić, wyglądać przy tym bosko i nie połamać nóg zasługuje na nagrodę i uznanie do końca życia) czy kolejnego kremu do twarzy?
Nie istnieje.
A co robi taka kobieta, kiedy jej własny, osobisty albo cudzy facet lub najlepsza przyjaciółka mają już tego dość?
Narzeka. Dużo narzeka. Do siebie. w sensie gada sama ze sobą i zastanawia się czy to już choroba czy da się to wyleczyć.
Spieszę z pomocą. Tu możecie narzekać do woli. Ja też będę. Dużo. I mam nadzieję, że nie sama do siebie.
Po.narzekajmy!
O byle gówno.
Też zazwyczaj nie mam się w co ubrać, nie wiem co zrobić z włosami, które wyglądają "wow" w dni, kiedy siedzę w domu na dupie, a jak trzeba wyjść do ludzi i przynajmniej udawać, że się wygląda to one protestują. Narzekam, że jestem za gruba, że uda są ogromne, brzuch wystaje i dlaczego to zawsze idzie w biodra, a nie w cycki. I czemu jak się chudnie to pierwsze chudną właśnie te cycki, a nie coś mniej potrzebnego. Nie pasują mi aktorzy w filmach, narzekam na to, że trzeba czekać tyyyyle miesięcy na kolejne sezony ulubionych seriali.
I kompletnie nie pasuje mi to, że aktor w "50 twarzach Grey'a" jest taki beznadziejny. Chociaż buźkę ma sympatyczną.
I czy istnieje na świecie kobieta, której nie brakuje kolejnej torby, kolejnej pary butów ( zazwyczaj są to jakieś narzędzia tortur zwane potocznie szpilkami; osobiście uważam, że każda osoba płci żeńskiej i męskiej, która potrafi na szpilkach chodzić, wyglądać przy tym bosko i nie połamać nóg zasługuje na nagrodę i uznanie do końca życia) czy kolejnego kremu do twarzy?
Nie istnieje.
A co robi taka kobieta, kiedy jej własny, osobisty albo cudzy facet lub najlepsza przyjaciółka mają już tego dość?
Narzeka. Dużo narzeka. Do siebie. w sensie gada sama ze sobą i zastanawia się czy to już choroba czy da się to wyleczyć.
Spieszę z pomocą. Tu możecie narzekać do woli. Ja też będę. Dużo. I mam nadzieję, że nie sama do siebie.
Po.narzekajmy!
Martuś a ja się z Tobą nie zgodzę. Po pierwsze myślę, że fajnie jest akceptować siebie, i wierzyć w siebie, a nie narzekać,że coś jest nie tak. Na pewne rzeczy nie mamy wpływu i ich się nie przeskoczy to po co marnować czas i energię na walkę z wiatrakami? Trzeba czasem odpuścić. Chociaż fakt faktem, nie wiem czemu to nigdy nie idzie w cycki :/
OdpowiedzUsuńCo do Greya to film beznadziejny! No może nie kompletnie, ale mogli naprawdę zrobić go lepiej.
A co do kobiety której nie brakuje kolejnej torby, butów, kosmetyków, etc. ja uważam że mi do życia to nie jest potrzebne. Mam co mam, nie lubię zakupów. Fakt, mogę sobie od czasu do czasu coś kupić, ale nie wynika to z potrzeby posiadania, (choć czasem siebie warto porozpieszczać ) tylko z konieczności. Spodnie się przecierają, buty niszczą. Nie narzekam... Zawsze wiedziałam że jestem inna...
a z drugiej strony sadzę, że narzekanie ma swoje plusy - wyładowujesz złą energię, pokazujesz emocje, a przy okazji siebie - weryfikujesz otaczający Cię świat i wyrażasz opinię co lubisz a czego nie. Narzekanie jest więc ważne, jeśli spojrzy się na nie z innej perspektywy.