poniedziałek, 23 lutego 2015

dwa.

RODZINA.
 

Najmniejsza komórka społeczna (czy jakoś tak) i podobno jedna z najważniejszych. Jasne. Skoro tak jest to czemu do licha, tak ciężko kupić sobie mieszkanie i tworzyć tę rodzinę? Kredycik, owszem, proszę bardzo. Każdy bank przyjmie Was z otwartymi ramionami, zaproponują czerwony fotel, na którym możecie sobie usiąść, podadzą kawkę/herbatkę, a jak pozwolicie im zarobić mnóstwo kasy to może uda się Wam przejechać na wielbłądzie.

Tylko nikt nie liczy ile tak naprawdę te pieprzone kredyty nas kosztują i ile trzeba do interesu dołożyć. Bo nikogo nie obchodzi, że nie masz 200 tysięcy monet żeby kupić ot, tak, mieszkanko,
a już w ogóle nie masz pieniążków żeby zasponsorować bank na malutką kwotę 100 tysi.

I w ogóle czemu te mieszkania są takie cholernie drogie? Jak pomyślę, że mieszkanie, w którym jeszcze mieszkam 12 lat temu kosztowało o jakieś 150 tysięcy mniej to robi mi się słabo. Bo co aż tak ważnego się zmieniło w ciągu tego czasu? Ludzie przestali ze sobą rozmawiać, książek nie wypożycza się już z bibliotek, piosenki nie mają żadnego sensu, a w ogóle to najlepiej telewizor wyrzucić przez okno.

O ekipie remontowej w następnym odcinku, bo tu dopiero sobie po.narzekam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz